Historia miłosna Sun Gę: moja dziewczyna Jing Tian
Nota redakcyjna: Ten tekst to anonimowe dzieło satyryczne Moja dziewczyna Jing Tian, które w 2026 roku obiegło chiński internet. Oryginał opublikowano na GitHubie w formie projektu składu XeLaTeX (HEJustinSun/my-girlfriend-jingtian-latex); w ciągu kilku dni zdobył 3,4 tys. gwiazdek. Całość napisana jest jako fikcyjna narracja pierwszoosobowa; autor nie jest prawdziwą osobą opowiadającą w tekście. Wszystkie wydarzenia, dialogi i zachowania postaci są twórczością artystyczną i nie mają związku z rzeczywistymi okolicznościami dotyczącymi jakichkolwiek prawdziwych osób. To pełny przedruk, zamieszczony wyłącznie jako zapis zjawiska kultury internetowej.
Waga jednej komórki jajowej: trzy i pół mikrograma.
Waga pięćdziesięciu milionów dolarów w gotówce: dwie i pół tony.
Przez telefon z plaży Montage Laguna Jing Tian zażądała ode mnie tego drugiego, a jako zastaw zaoferowała to pierwsze.
Pojechała tam, żeby pobrać komórki jajowe. Dziecko z surogacji miało urodzić się w 2027 roku; przy odrobinie szczęścia byłoby jeszcze spod znaku konia. To ona wyszła z tą propozycją. Kiedy dotarła do kliniki, powiedziała: bez pięćdziesięciu milionów nie pobieram.
Montage Laguna Beach stoi na klifie nad Pacyfikiem. Wynajęcie całego piętra na trzydzieści dni kosztowało milion dolarów i miało zapewnić jej prywatność. Wyjechała po ośmiu dniach.
Przez pozostałe dwadzieścia dwa dni hotelowe sprzątaczki codziennie wchodziły tam jak zwykle. Powiedziała mi o tym asystentka; kiedyś, przy oddawaniu kluczy, natknęła się na jedną z nich: Meksykanka pchała wózek, wchodziła po kolei do każdego pokoju, wymieniała ręczniki, wycierała blaty, podwijała rogi pościeli, wychodziła i zamykała drzwi. Posprzątanie całego piętra zajmowało dwie godziny.
Asystentka zapytała ją, po co sprzątać, skoro nikt tam nie mieszka.
Odpowiedziała, że w rejestrze widnieje ktoś zameldowany.
Wersal pozbawiony królowej.
Nagle zrozumiałem, że Jing Tian to lubi. Lubiła, kiedy jakieś miejsce pustoszało przez nią. Kiedy nic się nie działo.
Razem z Montage Laguna Beach pusty stał też Gulfstream G700, niezręcznie zaparkowany w Van Nuys; załoga codziennie stawiała się jak zwykle.
Ósmego dnia zadzwoniła. Potem nikt już jej nie widział.
W 2007 roku ktoś już za nią przepalał pieniądze. Właśnie zaczynałem wtedy studia na Uniwersytecie Pekińskim.
Oczywiście to nie ja przepalałem pieniądze.
Wyskoczyło okno QQ, a na nim ona jako ambasadorka marki. Na tym starym komputerze Lenovo IBM obraz był strasznie rozmazany. Zapisałem zdjęcie.
Łączyłem się z internetem w akademiku Uniwersytetu Pekińskiego, gdzie roczny czynsz wynosił tysiąc juanów. Znalazłem ją w serwisie uczelnianym i wysłałem zaproszenie do znajomych. Serwis wymagał krótkiej wiadomości. Pisałem i kasowałem, kasowałem i pisałem, chyba przez czterdzieści minut. W końcu wysłałem tylko: „Cześć”.
Nie zaakceptowała.
Może w ogóle nie korzystała z tego serwisu.
Przez kolejne lata przy każdym swoim działaniu zadawałem sobie jedno pytanie: jak daleko muszę zajść, żeby mnie zaakceptowała. Myślałem o tym przy pierwszym miliardzie, myślałem przy dziesięciu miliardach.
Potem przestałem. Renren dawno zbankrutował.
Nie wysłałem drugiego zaproszenia.
W 2011 roku w Pekinie było zimno. Kupiłem puchową kurtkę za sto pięćdziesiąt juanów. Pamiętam tę cenę, bo wahałem się przez trzy dni.
W tym samym roku zagrała w filmie Wojna państw, który kosztował sto pięćdziesiąt milionów juanów. Sun Honglei, Wu Zhenyu, Kim Hee-sun, Kiichi Nakai i Jiang Wu zostali sprowadzeni jako tło, tak jak dziewiętnaście lat później Montage Laguna Beach i Gulfstream G700. Nie wiedzieli, dlaczego się tam znaleźli; skoro już przyjechali, coś powinno się wydarzyć, ale nie wydarzyło się nic.
Później przyszedł Mur Chiński za sto pięćdziesiąt milionów dolarów. Zhang Yimou, Andy Lau, Matt Damon. A potem Jackie Chan. Lista wszechświata Jing Tian robiła się coraz dłuższa.
Wtedy byłem już w Stanach Zjednoczonych: studiowałem, zakładałem firmy, miałem coraz więcej pracy. Jedyną stałą rzeczą było to, że przy każdej zmianie urządzenia, choćby wymagało to nie wiadomo jakiego zachodu, przenosiłem na nie zdjęcie z QQ.
Po dziewiętnastu latach na liście znalazłem się ja.
Pierwszy raz spotkaliśmy się w hotelu Rosewood. Zawsze sądziłem, że tamtego dnia będę się denerwował.
Nie denerwowałem się.
Była szczuplejsza niż na zdjęciach, ubrana bardzo swobodnie, oparta o sofę. Patrzyłem na nią i nagle nie mogłem sobie przypomnieć, na co właściwie czekałem.
Zabrałem ją obejrzeć banana z plantacji Cattelan. Długo mu się przyglądała, po czym zapytała, ile kosztuje.
Sześć milionów dwieście tysięcy dolarów.
Zapytała, co się stanie, jeśli zgnije.
Zamilkłem. Powiedziała, żeby dać spokój i iść do kina.
Zgodziłem się.
Powiedziała, że na sali oprócz nas nie może być nikogo.
Zgodziłem się.
Wyszedłem zadzwonić. Kiedy wróciłem, nadal stała przed bananem.
Film nazywał się Zootopia 2.
Sala kinowa z dwoma widzami zwykle służy do wewnętrznych pokazów dla Ministerstwa Propagandy.
Kazałem asystentowi wykupić wszystkie miejsca w kinie.
Czytałem teksty krytykujące kupowanie fałszywych biletów, w których ktoś wykupywał całą salę, a potem oglądały film tylko dwie osoby. Teraz rozumiem, że może nie zawsze chodziło o wynik kasowy.
Samo wykupienie miejsc nie było trudne. Problemem były bilety już sprzedane. Asystent i ochroniarze czekali przed kinem i wręczali gotówkę widzom, którzy kupili bilety.
Przyszła para z dzieckiem. Dziecko już przy wejściu wysoko trzymało popcorn.
Asystent podał im plik pieniędzy. Dziecko nie rozumiało, dlaczego nie może wejść. Dorośli wzięli gotówkę, podziękowali, o nic nie pytali i odeszli.
Tamtego dnia pieniądze odebrało dwadzieścia sześć osób.
Po filmie zmieniła zdjęcie profilowe w WeChat na posterunek Judy.
Wieczorem masowałem jej piersi dłonią. Odepchnęła mnie.
Uznałem, że nie chce. Cofnąłem rękę i przygotowałem się, żeby coś powiedzieć.
Nic nie powiedziała. Usiadła, wyjęła z torby małą saszetkę i rozsunęła zamek. W środku leżał rząd przedmiotów przypominających bardzo mały zestaw narzędzi.
Powiedziała, że moje paznokcie ją drapią.
Spojrzałem. Zawsze obcinałem je byle jak obcinaczką; na brzegach zostawały ostre końcówki, choć na co dzień tego nie czułem.
Powiedziała: chodź.
Położyła moją dłoń na swoim udzie i zaczęła piłować każdy paznokieć z osobna.
Najpierw użyła grubszej strony, potem zmieniła ją na inną, a potem na jeszcze inną. Co jakiś czas podnosiła palec do światła, sprawdzała go i piłowała dalej.
Zapytałem, jak długo trzeba to robić.
Powiedziała, że aż przestanie drapać.
Dziesięć palców zajęło jej prawie godzinę.
Po drodze nauczyła mnie, że jedną stroną nadaje się kształt, drugą poleruje, a ostatniej nie wolno pocierać tam i z powrotem — trzeba prowadzić ją w jednym kierunku.
Powiedziałem, że rozumiem.
Kiedy skończyła, odwróciła moją dłoń, obejrzała ją i dotknęła.
Powiedziała, że już dobrze.
Mogę dotykać. Czego tylko chcę.
W pewnej chwili powiedziała: jeśli kiedyś mnie nie będzie, nie znajdzie się już nikt, kto wypoleruje ci paznokcie.
Uśmiechnąłem się i nic nie powiedziałem.
Po trzech miesiącach znajomości kazałem komuś przygotować dokument. Jej wieloletnie projekty, partnerzy, udziały w spółkach, Jing Guoqing, Tian Xin’ai, wszystkie powiązane konta, wynajmowane mieszkania w Pekinie, kupione mieszkania w Szanghaju i kilka innych rzeczy. Zajęło to tydzień, razem ponad czterdzieści stron. Były tam też sprawy z różnymi mężczyznami i kobietami, ale uznałem je za najmniej ważne.
O części tych rzeczy opowiedziała mi później sama, choć jej wersja nie całkiem zgadzała się z dokumentem. Nic nie powiedziałem.
O części nigdy nie wspomniała. Nie pytałem.
Wierzyłem we wszystko, co mówiła.
Ten dokument zachowałem i mam go do dziś.
Ale nie wierzę w ani jedno jego słowo.
Powiedziała, że w Hongkongu jest za dużo ludzi i ktoś ją rozpozna. Zaproponowała, żebyśmy gdzieś pojechali.
Zgodziłem się.
Na mapie wskazała Teneryfę.
Zgodziłem się.
Wyszedłem zadzwonić. Dopiero po powrocie dowiedziałem się, że to miejsce leży na Atlantyku, u północno-zachodnich wybrzeży Afryki. Następnego dnia w południe wyruszyliśmy w trzydziestkę; na lotnisku czekał A330.
W sypialni samolotu zapytała mnie, czy moje imię jest ładne.
Powiedziałem, że tak.
Powiedziała, że złożyła nazwisko ojca i nazwisko matki — czy to nie zabawny zbieg okoliczności.
Powiedziałem, że zapamiętałem je już pierwszego dnia.
Przytuliła mnie i powiedziała, żebym odtąd nie nazywał jej Jing Tian, tylko mamą.
Dobrze, mamo.
Po lądowaniu przyszedł do mnie kapitan i powiedział: szefie, na początku nie pozwalali nam lądować na wyspie, bo nigdy nie widzieli tak dużego prywatnego samolotu.
Zasada na wyspie była taka sama: w pobliżu nie może być nikogo. Asystent się tym zajął. Nikt nie pytał dlaczego; tym razem nie pytałem nawet, ile osób.
Ritz-Carlton wychodził prosto na Atlantyk, a panoramiczne okna były zbyt duże. Mama nie mogła spać przy najmniejszej smudze światła. Asystenci okleili cały pokój czarną taśmą; na zewnątrz było jasno jak w dzień, w środku panowała ciemność celi. Taśma odpadała od słońca, więc trzeba było przyklejać ją od nowa każdego dnia.
Asystentów było jedenastu. Przychodzili o szóstej trzydzieści rano i wychodzili dopiero, kiedy zasypialiśmy. Dwie dziewczyny zajmowały się taśmą: jedna ramami okien, druga kontrolkami klimatyzacji i gniazdek. Po wszystkim sprawdzały wszystko jeszcze trzy razy. Kupiono trzydzieści rolek, a później dokupiono dwadzieścia. Dziewczyny odkryły, że taśma przyklejana po piętnastej odpada najłatwiej, bo szyby są wtedy najgorętsze, więc później zaczęły robić to rano. Nikt ich tego nie nauczył; same to wypróbowały. Rozmawiały o tym między sobą jak o rzemiośle.
Ona znała imiona tych dwóch dziewczyn. Ja nie.
Zatrzymaliśmy się przy drodze w Parku Narodowym Teide, żeby obejrzeć zachód słońca. Asystenci wyjęli z samochodu róże i otworzyli szampana.
Mama patrzyła na morze chmur i powiedziała, że jest pięknie, ale nie tak pięknie jak zachód słońca w Delingha w Qinghai.
Pochodzę z Qinghai.
Nie powiedziałem tego.
Wieczorem oglądaliśmy gwiazdy na szczycie góry, ale nawet w kurtkach było zimno.
Mama powiedziała, żeby pomyśleć życzenie.
Zapytałem, czego sobie życzyła.
Powiedziała, że mi nie powie.
Powiedziała, że jest pięknie, tylko za zimno, i zapytała, czy nie polecimy na Malediwy.
Powiedziałem, że dobrze.
Na Teneryfie było minus piętnaście stopni, na Malediwach dwadzieścia siedem. Odległość w linii prostej wynosiła dziewięć tysięcy pięćset kilometrów, a lot trwał jedenaście godzin. Lotnisko na Malediwach było jednak za małe, więc po drodze musieliśmy przesiąść się z szerokokadłubowego samolotu do małej maszyny.
Mama powiedziała, że małe samoloty są za głośne. Duże są lepsze.
W sypialni samolotu lecącego na Malediwy powiedziała mi, że jej życzeniem było mieć ze mną dziecko. Koniecznie przez surogację.
Nigdy nie pytałem dlaczego. Myślałem, że bała się bólu.
W pewnej chwili mama nagle usiadła i zaczęła szukać telefonu. Połączyła się ze Starlinkiem i powiedziała, że jest źle.
Zapytałem, co się stało.
Powiedziała, że ktoś jej grozi. Od trzech dni pyta, a ona wciąż nie odpowiada.
Zapytałem, ile chce.
Powiedziała, żebym się nie wtrącał.
Przez długi czas pisała, kasowała i poprawiała. W końcu położyła telefon ekranem do dołu na udzie, a po chwili znów go odwróciła.
Zapytałem, kto to.
Powiedziała, że ktoś, z kim kiedyś pracowała — człowiek od finansów, który trafił do więzienia i wziął wszystko na siebie.
Po wyjściu nie miał dokąd pójść i koniecznie chciał ją znaleźć.
Powiedziałem, żeby po prostu zgłosiła go policji.
Spojrzała na mnie. Powiedziała, że nie rozumiem.
Zapytałem, czy mu zapłaciła.
Powiedziała, że tak.
Ile?
Osiemdziesiąt tysięcy.
Zapytałem, po co było się nad tym zastanawiać przez trzy dni.
Nic nie powiedziała.
Przez resztę dnia prawie się nie odzywała. Zasnęła dopiero po wylądowaniu.
Na Soneva Jani najpierw dotarła walizka mamy. Bagaże trzydziestu osób nie mieściły się w małym samolocie, więc podzielono je na trzy maszyny. Mama miała tylko jedną walizkę i leciała osobno, bo nie chciała, żeby leżała razem z cudzymi.
Soneva Jani słynęła z zasady „no news, no shoes”, więc mama była spokojna.
Hotelowy kamerdyner, ochroniarze i asystenci — razem dwadzieścia sześć osób — a do tego dwóch operatorów dronów lecących z daleka. Asystenci znów zaczęli przyklejać taśmę: kontrolki klimatyzacji, kontrolki gniazdek, raz za razem.
Wieczorem wymienialiśmy się byłymi partnerami jak kodami dostępu, jak dynastia sprawdzająca swoje nazwy er. Mama nie chciała żadnej pomyłki, ale miała słowo zakazane: nie wolno było wspominać tamtego sportowca.
Nie wspomniałem, choć wiedziałem, że tatuaż na jej plecach zrobiła z powodu sportowca.
Może dlatego, że był za duży, żeby go usunąć.
Powiedziała, że teraz jesteśmy rodziną. Jej rodzice nie mieli łatwo, wychowując ją do tego wieku, więc muszę dać okup ślubny.
Zgodziłem się.
Podała dwa nazwiska: Jing Guoqing i Tian Xin’ai, oraz dwa konta.
Trzydzieści milionów juanów.
Przelałem pieniądze. Te dwa nazwiska po raz pierwszy zobaczyłem w dokumencie liczącym ponad czterdzieści stron.
Po chwili podała mi telefon. Tian Xin’ai odpisała dwoma słowami: „Otrzymałam”.
Pewnego razu mama zapytała, co pomyślałem, kiedy dowiedziałem się, czego chce.
Zapytałem, co.
Powiedziała, że zastanawiała się, czy choć raz jej odmówię.
Powiedziałem, że nie.
Powiedziała, że wtedy nie ma zabawy.
Pomyślałem: czego niby miałbym nie móc zrobić?
Kiedy bardzo się nudziłem, bawiłem się zdjęciem z QQ z 2007 roku i próbowałem przenieść je na nowe urządzenie. Mama pochyliła głowę i zapytała, dlaczego za jej plecami przechowuję zdjęcie innej kobiety i kto to jest.
Zamilkłem. Nic nie powiedziałem.
Zdjęcie było zbyt rozmazane, więc zajęła się czymś innym.
Tamtego wieczoru usunąłem je.
Następnego dnia odnalazłem je w starym telefonie.
Mama bez przerwy przewijała telefon. Zapytałem, co ogląda.
Powiedziała, że nic, tylko te bzdury o walce o kolejność nazwisk w obsadzie.
W jednym filmie tylko jedna gwiazda może być wymieniona jako pierwsza. W rolach męskiej i żeńskiej też tylko jedna osoba może zajmować pierwsze miejsce.
Powiedziałem, że to nudne.
Powiedziała, że tak. Jeszcze trudniej jest czasem, gdy para z planu spędza tam czterdzieści czy pięćdziesiąt dni: zwykle gra z jednym mężczyzną, wieczorem uprawia seks, a za dnia nadal walczy o pierwsze miejsce w napisach.
Powiedziałem, że to sprzeczne z ludzką naturą.
Powiedziała, że tak.
Ale po zakończeniu zdjęć, niezależnie od tego, ile razy wcześniej uprawiali seks, uznaje się, że nic się nie wydarzyło.
Potem znów oglądała to przez pół godziny.
2 stycznia 2026 roku, Soneva Jani, na początku nowego roku oświadczyłem się mamie.
Decyzję podjąłem rano 1 stycznia. Pierścionek był w Hongkongu. Na wyspie nie sprzedawano pierścionków, więc asystent poleciał hydroplanem do Malé i wrócił po południu. Pierścionek znajdował się w hotelowej kopercie.
Mama powiedziała, że diament jest za mały.
Powiedziała, że nic nie szkodzi, później kupimy większy.
I zapytała, czy mogę przyjechać do Pekinu.
Zamilkłem.
Uznała, że nie chcę jechać.
Zapytała, dlaczego jestem dla niej taki dobry.
Powiedziałem, że dlatego, iż ją lubię.
Zapytała, czy wcześniej też byłem taki dla innych.
Powiedziałem, że nie.
Uśmiechnęła się i nic nie powiedziała.
Pewnego ranka obudziłem się wcześniej. Nie było jej w łóżku.
Wyszedłem i zobaczyłem ją siedzącą na tarasie, zwróconą ku morzu. Całe morze było czarne. Nie paliła się żadna lampa, nie świtało jeszcze.
Zapytałem, dlaczego wstała tak wcześnie.
Powiedziała, że liczy dni.
Zapytałem, jakie dni.
Powiedziała, żebym wrócił spać.
Posiedziałem obok niej przez chwilę, nie wiedząc, co powiedzieć. Potem wróciłem do łóżka.
Kiedy obudziłem się ponownie, była już umalowana.
Spędziliśmy na Malediwach czternaście dni i nikt jej nie rozpoznał.
Trzynastego wieczoru w restauracji zdjęła okulary przeciwsłoneczne. Po chwili zdjęła też kapelusz i położyła go na stole. Tak siedziała przez cały posiłek. Przy sąsiednim stoliku jadło starsze niemieckie małżeństwo, kelner pochodził ze Sri Lanki, a nikt nie spojrzał na nią drugi raz.
Po kolacji znów założyła kapelusz.
Powiedziała, żebyśmy wracali.
Zapytałem, czy nie powinniśmy jeszcze zostać.
Powiedziała, że jest za cicho.
Po powrocie do Hongkongu mama spotkała się z moimi rodzicami.
Tego wieczoru powiedziała, że rodzina musi przygotować oba spotkania i ślub, a ja mam załatwić jak najwięcej rzeczy. Znów chodziło o Jing Guoqinga i Tian Xin’ai.
Nie pytałem dlaczego.
Powiedziałem, że limit jednej karty wynosi milion dziennie.
Mama powiedziała, że to za wolno.
Kazała przelewać z pięciu kart.
Pięć kart, dwa konta, przelewy na zmianę. Przy trzeciej karcie zawahałem się przez chwilę. Mimo to dokończyłem przelew.
Mama powiedziała, że wydajność jest za niska.
Zaproponowałem, żeby na Święto Wiosny sprowadzić naszych rodziców do Hongkongu i spędzić je razem.
Powiedziała, że w tym roku wszystko jest już ustalone: święta spędzamy w Hajnan. Może w przyszłym.
Podczas Święta Wiosny nad portem Wiktorii odpalono fajerwerki. Przyszło milion osób. Jej nie było.
O trzeciej nad ranem odprowadziłem rodziców do domu.
Droga była pusta. Na czerwonym świetle nie czekał ani jeden samochód, a mimo to się zatrzymałem.
Mama powiedziała, że na razie się nie spotkamy, bo zaraz leci do Los Angeles pobrać komórki jajowe. Najpierw musi załatwić sprawy, które ma na głowie.
Znów zapytała, czy mogę przyjechać do Pekinu.
Zamilkłem.
Nie powiedziała, co jest w Pekinie. Nie pytałem.
Mama powiedziała, że w Hongkongu trzeba kupić mieszkanie i zapisać je na jej nazwisko.
Powiedziałem, że dobrze.
W walentynki też się nie spotkaliśmy.
Pewnego razu przez telefon powiedziała, że rano pobrano jej osiem probówek krwi.
Zapytałem, czy to nie za dużo.
Powiedziała, że w porządku.
Powiedziałem, że musi być zmęczona.
Potem rozmawialiśmy o innych rzeczach.
Dopiero później dowiedziałem się, że takie pobranie wykonuje się na czczo, drugiego albo trzeciego dnia cyklu menstruacyjnego, i nie można pomylić daty. Tego ranka musiała wyjść około szóstej; była zima w Pekinie i jeszcze nie świtało. Później badań przybywało. Wiedziałem o tym, bo w comiesięcznym zestawieniu płatności asystenta pojawiła się nowa pozycja. Pierwszy raz rok wcześniej, na niewielką kwotę, kilka tysięcy juanów. Potem pojawiała się co miesiąc, czasem dwa lub trzy razy. Zatwierdzałem ją szybko. Przy takich kwotach nie musiałem sprawdzać szczegółów. Dopiero później dowiedziałem się, że chodziło o pobrania krwi, sześć badań hormonalnych, USG i AMH. Trzeba było ustalić, ile ma jeszcze rezerwy, ile komórek da się pobrać i czy warto iść dalej.
Wszystko robiono w Pekinie.
Nie wiedziałem, w którym szpitalu. Nie wiedziałem też, czy chodziła tam sama, czy ktoś jej towarzyszył.
25 lutego wylądowała w Hongkongu.
Powiedziała, że nie poleci do Los Angeles, dopóki najpierw nie zobaczy mieszkania w Hongkongu.
Wysłałem jej kilkanaście mieszkań, które oglądano w ciągu ostatnich sześciu miesięcy. Wszystkie uznała za brzydkie. Sam nie odwiedziłem ani jednego; przez pół roku asystent wybierał je jeden po drugim, potem wysyłał je mnie, a ja jej. Jedno znajdowało się na Mid-Levels, a z nagrania można było zobaczyć port Wiktorii o zmierzchu. W pewnej chwili kamera drgnęła i na ścianie pojawił się cień osoby nagrywającej. Patrzyłem na ten cień i myślałem: kim jest ten człowiek, ile przeszedł dziś kilometrów, ile mieszkań obejrzał i czy wie, dla kogo ogląda to mieszkanie.
Czasu było mało, więc i tak wsiadła do G700 lecącego do Los Angeles. 28 lutego przyleciała do Montage Laguna Beach.
Ósmego dnia mama zadzwoniła. U niej było popołudnie, u mnie środek nocy.
Powiedziała: pięćdziesiąt milionów dolarów.
Powiedziałem, że muszę się zastanowić.
Nic nie odpowiedziała. Słyszałem po jej stronie morze.
Po chwili powiedziała, że dobrze.
Rozłączyła się.
Od kiedy ją znałem, nigdy nie powiedziałem jej: „muszę się zastanowić”.
Kazałem Claude Code odczytać API i przeanalizować wszystkie aktywa gotówkowe. Wniosek był taki, że nie wywrze to na mnie żadnego wpływu. Sprawdziłem jeszcze raz. Wpisałem pytanie w Claude Code, a Claude odpowiedział, żebym nie dawał jej tych pięćdziesięciu milionów dolarów.
Zapytałem, czy już mnie nie kocha.
Claude odpowiedział, że nie interesuje się miłością i jej nie rozumie, ale nie mogę dać jej tych pięćdziesięciu milionów dolarów.
Nigdy wcześniej jej nie odmówiłem — nie z hojności, tylko ze strachu. Bałem się odpowiedzi, która mogła nadejść w następnej sekundzie.
Teraz ktoś powiedział ją za mnie.
Długo patrzyłem na ten wers. Przerażało mnie nie to, że Claude był inteligentny, lecz to, że nie zawahał się ani przez chwilę.
Nie miał z tym problemu.
Pomyślałem wtedy, że to chyba coś wyższego. Człowiek nie potrafi tak zrobić.
Czy już mnie nie kocha.
Następnego dnia zadzwoniła ponownie.
Mama powiedziała, że morze jest ogromne.
Zapytałem, czy tak.
Powiedziała, że to piętro jest za duże i niesie się po nim echo. Rano przychodzą sprzątać ludzie, więc chowa się w łazience i czeka, aż wyjdą.
Powiedziałem, że można ich nie wpuszczać.
Powiedziała, że nie trzeba.
Powiedziała, że klinika pytała, kiedy przyjedzie ojciec dziecka.
Powiedziałem, że mogę kogoś wysłać.
Powiedziała, że nie trzeba.
Potem zapytała, czy już się zastanowiłem.
Nie odpowiedziałem. Nie zastanawiałem się; nie myślałem o niczym. Po jej stronie telefonu było morze, po mojej port Wiktorii, a między nimi żadne z nas się nie odzywało. Policzyłem: jedenaście sekund.
Jing Tian powiedziała, że dobrze.
Jing Tian powiedziała, że już wie.
Rozłączyła się.
Później niezliczoną ilość razy wracałem myślami do tego, co oprócz pięćdziesięciu milionów powiedziała w ciągu tych dwóch dni. Morze jest ogromne, to piętro jest za duże, chowała się w łazience. Tylko tyle pamiętam, co do słowa. Nie pamiętam natomiast jej głosu — tonu, jakim powiedziała: „już wiem”.
Nie mogłem sobie przypomnieć. Później przestałem próbować.
Odłożyłem telefon na stolik nocny ekranem do dołu. Potem zrobiłem coś, czego do dziś nie rozumiem: położyłem dłoń na piersi i policzyłem.
Serce biło równo.
Policzyłem jeszcze raz. Nadal równo. Sześćdziesiąt kilka uderzeń na minutę, bez różnicy w porównaniu ze zwykłym dniem. Siedziałem tak, naciskając dłonią własną pierś, jak lekarz badający kogoś innego.
Pomyślałem: więc tak to wygląda.
Przez resztę dnia nic nie robiłem. Siedziałem w pokoju od zmroku do świtu i patrzyłem, jak port Wiktorii zmienia kolor z niebieskiego na szary, a potem na czarny. O szóstej rano wieżowce centrum finansowego po drugiej stronie portu zaczęły się kolejno rozświetlać. W międzyczasie asystent raz zapukał i zapytał o kolację. Powiedziałem, że nie trzeba.
Nie płakałem. Cały czas czekałem, aż zacznę.
Później asystent rozliczył ze mną rachunki. Jedną z pozycji stanowiło odszkodowanie dla hotelu na Teneryfie. Po naszym wyjeździe jeszcze przez kilka dni przyklejano taśmę, bo nikt nie powiedział dziewczynom, że nie muszą już tego robić. Hotel oznajmił, że po tak długim czasie i tylu aplikacjach śladów kleju z ram nie da się usunąć, więc całą szybę trzeba wymienić.
Powiedziałem, żeby zatwierdził płatność.
Ta szyba wychodziła na Atlantyk.
Pozycja za paliwo samolotu kosztowała więcej niż całe piętro w Montage. Zapytałem o to. Asystent wyjaśnił, że A330 zaprojektowano dla dwustu osób, a nas było tylko trzydzieści, więc samolot był za lekki i nie miał właściwego wyważenia do startu. Za każdym razem trzeba było dolać paliwa, aż stał się wystarczająco ciężki. Po dotarciu na miejsce nadmiaru nie dało się zatrzymać — trzeba było go spuścić.
Zapytałem, czy za każdym razem było tak samo.
Powiedział, że za każdym razem.
Była też skrzynia odesłana przez klinikę w Los Angeles. Osiem dni zastrzyków stymulujących, wymagających chłodzenia. Ani jedna ampułka nie została otwarta.
Była również zaliczka dla agencji surogacyjnej: dwieście tysięcy dolarów, bezzwrotne. Surogatkę zarezerwowano już w styczniu; pochodziła z Kalifornii, miała trzydzieści cztery lata i urodziła dwoje dzieci. W dokumentacji znajdowało się jej zdjęcie. Nie oglądałem go. Była gotowa już w styczniu.
Po odejściu Jing Tian wyciągnąłem zdjęcie z 2007 roku i raz jeszcze mu się przyjrzałem. Minęło dziewiętnaście lat, piksele urządzeń stawały się coraz lepsze, a to zdjęcie jakby miało ich coraz mniej; twarz całkiem się rozmazywała. Długo je powiększałem, próbując znaleźć różnicę między tamtą Jing Tian a tą późniejszą. Nie znalazłem ani jednej. Bo na tamtym zdjęciu od początku nic nie było widać.
Pewnego dnia obciąłem paznokcie obcinaczką i dotknąłem ich. Były ostre.
Przypomniałem sobie, że w szufladzie nadal leży tamto narzędzie, które zostawiła.
Wyjąłem je i dwa razy przeciągnąłem po paznokciu. Nie tak. Mówiła, że trzeba prowadzić pilnik w jednym kierunku; zapomniałem, w którym.
Odłożyłem go na miejsce.
Moje paznokcie nadal drapią.
Pewnego ranka telefon wyświetlił przypomnienie ustawione przez asystenta przy planowaniu zeszłorocznego kalendarza: trzy miesiące przed terminem porodu przygotować pokój.
Przesunąłem je i usunąłem.
Po jej odejściu wciąż myślałem o jednym pytaniu.
Gdybym tamtego dnia zapłacił, czy zostałaby ze mną?
Długo się nad tym zastanawiałem.
W końcu wyjąłem dokument i przeczytałem go jeszcze raz. Ponad czterdzieści stron.
Potem przypomniałem sobie fajerwerki nad portem Wiktorii, które oglądaliśmy tamtego wieczoru podczas Święta Wiosny z dachu wieżowca.
Milion ludzi napłynął jak przypływ, a po zakończeniu fajerwerków milion ludzi odpłynął.
Milion ludzi.
Każdego roku jest tak samo.
Hongkong o trzeciej nad ranem,
nic się nie wydarzyło.
Źródła
Anonimowa satyryczna fikcja, która stała się wiralowa w internecie w 2026 roku, publikowana tu w całości. Napisana w pierwszej osobie jako środek literacki — wszystkie wydarzenia, nazwiska i dialogi są zmyślone.